Wszystkie wpisy, których autorem jest Magazyn Rowerowy

Rain man

Deszczowa piosenka

Deszcz to ostatnie, czego pragnie kolarz w czasie jazdy. Jednak czasami nawet mokra wyprawa ma swoje piękne strony. Tak przyjemne, że niektórym marzy się powtórka. No i złapało nas. Wielkie krople uderzają o asfalt, szosa zaczyna błyszczeć. Trwa to jednak tylko krótką chwilę, potem asfalt staje się ciemnoszary, prawie czarny, a dookoła wyrastają małe fontanny. To nie deszcz, to prysznic, woda leci ze wszystkich stron. Już wcześniej dostrzegliśmy ołowiane chmury na horyzoncie i próbowaliśmy być szybsi. Pchani sztormowym, letnim wiatrem lecieliśmy w kierunku domu. Przeciętna prędkość wzrosła o kilka kilometrów. Nadaremnie, 20 km od suchego garażu dopadł nas front burzowy. Rzut oka na partnera. Zatrzymujemy się, zakładamy kurtki, przeczekamy gdzieś? Nie, nie, nie, jedziemy dalej. Bocznymi drogami, gdzie naniesiony kołami traktorów kurz zaznacza się jasnobrązowymi smugami. Nagle dobry humor prysł. Gdy jest się mokrym, trudno o uśmiech od ucha do ucha. Najpierw robi się zimno w łydki, w chwilę potem wodą nasiąkają spodenki. Tylne koło „rzuca” całe fontanny na kręgosłup i dolną część pleców. Wielkie krople na okularach osłabiają widoczność. Stopy są jeszcze suche, przód klatki piersiowej także. Wszystko inne już dawno wilgotne. Kto jedzie z tyłu, kąpie się w strudze wylatującej spod koła partnera. Wkrótce więc pozostała część koszulki staje się mokruteńka i ciężka. Skarpetki cmokają przy każdym ruchu. Czy komórka wytrzyma ten potop w kieszeni? Obojętne, byleby się nie zatrzymywać. Co jest tak nieprzyjemnego w jeździe w deszczu? Dlaczego właściwie kolarze wolą pozostać susi? Ponieważ woda dla nich oznacza także błoto. Koszulkę trzeba wyprać w pralce, zatroszczyć się również o rower. Palce muszą się natrudzić przy myciu piast, a resztki brudu i czarnego smaru należy usunąć z kółek przerzutki. Czasami trzeba nawet założyć nową owijkę na kierownicę, ponieważ trudno rozpoznać jej pierwotny kolor. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Gilberto Simoni – nowoczesna bajka

Koka. To pierwsze hasło, które rzuca mi się w oczy przy kiosku. Włoski kolarz udoskonalił umiejętność „zdobywania” tłustych nagłówków kolorowych gazet. Jeden z czołowych zawodników został zdyskwalifikowany podczas Giro d’Italia. Substancja, którą u niego znaleziono, składająca się na dodatek z pozostałości kokainy, ekstremalnie pogorszyła sytuację. Gdy Gilberto Simoni zapewniał o swojej niewinności i częstował nas historyjką bliską bajce, nawet jego najbliżsi znajomi przewracali oczami. Opowieść z pastą do zębów pewnego lekkoatlety wydawała się przy tym żartem, a mimo to kolarz cztery miesiące później siedział w siodełku. Jak czuje się ktoś, kto musi udowodnić światu, że pewna staruszka z górskiej wioski gdzieś we Włoszech dała niedomagającemu Simoniemu kilka cukierków, które nie wiedzieć czemu okazały się być zrobione z użyciem liści kokainy? Można się tylko domyślać. Wycieczka-horror gwiazdy kolarstwa, dla którego najważniejszą rzeczą w życiu jest jazda szosą na dwóch kółkach. Zawodnika, którego kariera wydawała się skończona i który udowodnił światu, że nawet najbardziej nieprawdopodobna historia może być prawdziwa. Gilberto, po zarzutach dotyczących stosowania dopingu byłeś na straconej pozycji. Jakie to uczucie mieć cały świat przeciwko sobie? G: Ciężko powiedzieć. Starałem się szybko reagować, aby wyjść z całej tej sytuacji i od początku wiedziałem, że wszystko jest pomyłką. Nie dałem się zirytować, mimo całej tej gadaniny. Co się z tobą działo, gdy we wszystkich gazetach pojawiły się informacje, jakobyś brał kokainę? G: To było po prostu nierealne. Wszystkie oskarżenia były dla mnie nie do cofnięcia. Niezłe wariactwo. Czy myślałeś o możliwości wycofania się ze sportów rowerowych, a może pomówienia umocniły tylko w tobie ducha walki? G: Na początku myślałem: oby wszystko szybko minęło. Potem stwierdziłem, że było wiele osób zainteresowanych rozdmuchaniem całej tej historii, skorzystaniem na cudzym nieszczęściu. Dzięki temu wzrosła moja chęć udowodnienia całemu światu, że jest inaczej, niż myślą, chęć rewanżu. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Na cebulkę

Najprzyjemniej jeździ się, czując ciepły wiatr we włosach, ale lekko ubrani w naszych warunkach klimatycznych poruszać się możemy w najlepszym wypadku przez trzy miesiące. Sezon rowerowy trwa tymczasem dłużej. Wybór ubrań na jesienną czy zimową wyprawę zadecyduje o tym, czy zakończymy ją z uśmiechem na ustach, czy też z grymasem niezadowolenia. Najskuteczniejszą metodą ochrony przed zmiennymi warunkami pogodowymi jest ubieranie się „na cebulkę”. Pomożemy wam wybrać kolejne warstwy. Koszulka Choć na zewnątrz temperatury zdecydowanie nie letnie, koszulka z krótkim rękawem zawsze pozostaje rozsądnym wyborem. Oczywiście zakładamy ją na bieliznę rowerową z oddychającego materiału. Stosowanie bawełnianego T-shirta pod spód, a na niego kolejnych warstw z nowoczesnych materiałów, nie ma najmniejszego sensu. Praktycznie wszystkie koszulki rowerowe wykonane są dziś z poliestru, nawet jeśli bardzo podobny materiał nazywany jest w różny sposób przez różnych producentów.

Modele letnie i zimowe różnią się głównie grubością, niekoniecznie krojem. Co do kroju najrozsądniejszy kompromis to modele stosunkowo obcisłe, ale nie za ciasne – luźne koszulki są po prostu niepraktyczne. Zbyt duża ilość powietrza nie może zostać ogrzana, a materiał niepotrzebnie się fałduje. Wygodniejsze są również koszulki z wszywanymi rękawami, tzw. reglan. Ze względu na pochyloną pozycję w czasie jazdy lepiej się układają. Długie zamki, umożliwiające całkowite rozpięcie koszulki, przydają się latem, ale w innych porach roku tylko przeszkadzają. Zamek powoduje, że na brzuchu tworzą się fałdy, koszulka może ocierać się o spodenki. Mimo nieustająco prowadzonych eksperymentów wciąż najwygodniejsze są koszulki z klasycznymi kieszonkami z tyłu. Zziębniętymi palcami zdecydowanie niewygodnie otwiera się zamki błyskawiczne, a 3 kieszenie są wygodniejsze niż dwie lub jedna. Na zimową wycieczkę zabiera się przecież dużo rzeczy, obok zapasowej dętki i narzędzi często też bidon i batony energetyczne, zwykle też telefon. Pojedyncza kieszeń w podobnej sytuacji przypominać będzie worek. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Pora na przerwę

Po jednym kolarskim sezonie rozpoczyna się następny kolarski sezon. Nie oznacza to wcale konieczności nieustannego trenowania, jest raczej szansą na rozsądnie zaplanowaną fazę regeneracji. Sprawdźcie, jak interesująco można spędzić czas międzysezonowego „nieróbstwa”. Wielu kolarzy traktuje okres zimowy jak przymusową przerwę w treningach na szosie. Próbują przetrwać ponurą szarość tak dobrze, jak tylko można, trenując na rolkach w domu lub w centrum sportowym na rowerze treningowym. Tak czy inaczej trening musi być kontynuowany, z trudem wypracowana forma utrzymana, a złe przeczucia wyciszone. Są tacy, którzy wierzą w „kuracje bez sportu”, z mottem: nogi do góry, włączony telewizor, otwarte piwo (jak wiadomo, jest ono przynajmniej tak samo izotoniczne i energetyczne jak wiele napojów dla sportowców). Następnej wiosny brzuch znów zniknie, a przerwa jest w końcu bardzo potrzebna. Cóż, oba „typy zimowe” nie spędzają cennego, podarowanego im przez naturę czasu prawidłowo. Jeśli brać pod uwagę zasady metodyki treningów, czas między początkiem listopada a końcem lutego jest tak zwanym okresem przejściowym. Oznacza to, że napięcie powinno zostać zredukowane, tak, aby ciało miało szansę zebrać siły na pierwszy okres przygotowań do początku sezonu. Bycie przez cały rok w szczytowej formie jest po prostu niemożliwe – wiedzą o tym również zawodowcy. Po ostatnim wyścigu jadą oni zazwyczaj na urlop – bez roweru. „Gdyby ktoś próbował utrzymać swoją sprawność wciąż na tym samym poziomie, sytuacja jego przemiany materii przechylałaby się od anaboli (wzrastająco) do kataboli (redukująco)” – mówią specjaliści od fizjologii i treningu. „Później wydajność stopniowo się obniża zamiast zwyżkować”. Jednak propagowana pełna przerwa zimowa, analogiczna do snu zimowego zwierząt, jest również odrzucana. Fachowcy dodają: „Dobrze wytrenowani sportowcy wytrzymałościowi, których przemiana materii działa ekstremalnie ekonomicznie, przy bezczynności przybierają na wadze o wiele bardziej niż osoby, które nie uprawiają żadnego sportu – przede wszystkim, gdy pozostają przy swoich przyzwyczajeniach żywieniowych”. Poza tym przy odciążeniu, które trwa dłużej niż dwa do trzech tygodni, powrót do dawnego poziomu sprawności wiązałby się ze zwiększonym wysiłkiem. „Wyłączając kontuzje i infekcje, nie ma żadnego powodu, aby całkowicie przerwać treningi”. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Trendy 2004 – wygoda przede wszystkim

Inteligentna amortyzacja Przebojem przyszłego sezonu będą nowe systemy amortyzacji. Konstruktorzy obiecują, że ostatecznie, raz na zawsze pozbędziemy problemów z bujaniem zawieszenia. Receptą na to mają być skomplikowane systemy tłumiące. Prawie każdy producent ma obecnie w swojej ofercie podobne modele amortyzatorów przednich lub tylnych – wystarczy wspomnieć o Manitou z SPV lub Albercie Plus w Magurach. Część firm stosuje przy tym wspomniane amortyzatory w rowerach o konstrukcjach tradycyjnych. Wystarczy przecież tylko (naprawdę zabieg wygląda aż tak prosto tylko w teorii) do sprawdzonego modelu wstawić nowoczesny tłumik, by otrzymać rower bez wad. Inni idą jeszcze dalej i tworzą zupełnie nowe, śmiałe rozwiązania – prawdziwe rowery przyszłości.

Genialne połączenie W poprzednim numerze przedstawialiśmy obszernie serię rowerów Genius Scotta, wyposażonych w system zawieszenia ILS. Intelligent Linkage System jest twórczym rozwinięciem zawieszenia czterozawiasowego, swoistym połączeniem automatyki i ręcznego wyboru charakterystyki amortyzacji. Podstawowy problem z tylnym zawieszeniem polega na tym, że zwykle nie jest ono zupełnie niezależne od napędu. Sprowadza się to do tego, że na części przełożeń całość pracuje neutralnie, na innych – niekoniecznie. W jednozawiasowcach najczęściej punkt obrotu usytułowany jest na wysokości średniej zębatki w korbie i jeśli używamy właśnie jej, całość funkcjonuje najlepiej. W czterozawiasowcach postarano się o uniknięcie tego problemu dzięki pomocy tzw. wirtualnego punktu obrotu, znajdującego się również na wysokości średniej zębatki. Tutaj jednak zapomina się o drobnym szczególe – podczas ugięcia zawieszenia wspomniany punkt obrotu może się mocno przemieszczać…

Człowiek Renesansu

Regularnie ściga się w maratonach. Jest prawdopodobnie najlepszym biznesmenem wśród kolarzy MTB i niewątpliwie najlepszym kolarzem MTB wśród biznesmenów. Choć ulubione sporty menedżerów to golf lub bilard, zdaniem Piotra również na rowerze można załatwić wiele spraw. On sam jednak woli się ścigać i miejsce w rowerowym maratonie przekłada nad powodzenie w biznesie. Człowiek sukcesu, który w najbliższej przyszłości może zmienić świat kolarstwa w Polsce – Piotr Bieliński.

W tym roku wsparliście grupę kolarską „Mróz”, która miała już być zlikwidowana. Dlaczego zdecydowaliście się zainwestować w kolarstwo? Myślę, że podstawowym czynnikiem tu, jak i wszędzie, jest odpowiedni człowiek, w tym wypadku Piotr Kosmala (dyrektor sportowy „Mroza”). To jego zaangażowanie i zabieganie o sponsorów spowodowało, że zdecydowaliśmy się na udział w tym przedsięwzięciu. W pewnym sensie dla nas nowym, bo choć wcześniej pomagaliśmy kilku sportowcom i sponsorowaliśmy imprezy sportowe, to jednak w peletonie dopiero zaczynamy. Sponsorujecie biegaczy i biegi długodystansowe, w rajdach samochodowych Janusza Kuliga. Jednak wasze zaangażowanie w sporty rowerowe rośnie. Jakie macie plany dla grupy „Action nVIDIA Mróz”? Kolarstwo wybraliśmy, bo jest bardziej medialne niż np. lekkoatletyka i dlatego coraz popularniejsze w Polsce. Co tu mówić, w naszym kraju wciąż brakuje dobrze zorganizowanych i profesjonalnych teamów. Na tym polu można jeszcze dużo zrobić. Powinniśmy mieć dwie, trzy silne grupy, które będą ze sobą rywalizowały. Jeśli chodzi o team „Mróz”, zamierzamy się z nim związać na dłużej. Na pewno pod koniec tego sezonu siądziemy do rozmów i ustalimy, co dalej. Chciałbym powiedzieć, że wsparcie z naszej strony nie jest decyzją naglą. Rozmowy z Piotrem toczyliśmy już w zeszłym roku. Jednak chcieliśmy włączyć do tego przedsięwzięcia któregoś z naszych partnerów zagranicznych. Wiązało się to z dużymi zakupami w Nvidii, ale pozwoliło pozyskać tę firmę. W tym roku mamy być najlepszą drużyną III dywizji w Polsce. I ten plan jest konsekwentnie realizowany. W przyszłym roku chcemy przejść do II dywizji i znowu być najlepsi w Polsce. No i w końcu przyjdzie czas na duże wyścigi i I Dywizję. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Prawo drogowe a rowerowe wojaże

Na rowerze może jeździć każdy. Otóż, wbrew pozorom, nie. Według prawa o ruchu drogowym kierującym może być osoba, która osiągnęła wymagany wiek (skończyła 10 lat) i jest sprawna pod względem fizycznym oraz psychicznym, a także posiada umiejętności wymagane do kierowania pojazdem w sposób nie zagrażający bezpieczeństwu ruchu drogowego i nie narażający kogokolwiek na szkodę.

Dokumentem stwierdzającym posiadanie uprawnień do kierowania rowerem przez osobę, która nie ukończyła 18 lat, jest karta rowerowa. Załóżmy, że nie mamy 18 lat i chcemy znaleźć się w posiadaniu takowej karty. Gdzie się udać? Najprościej do własnej szkoły, ponieważ kartę rowerową wydaje nieodpłatnie dyrektor szkoły podstawowej lub ponadpodstawowej. Sprawdzenia kwalifikacji osoby ubiegającej się o kartę rowerową dokonują: nauczyciel „wychowania komunikacyjnego”, uprawniony przez dyrektora szkoły, oraz policjant specjalizujący się w prawach ruchu drogowego. Załóżmy jednak, że mamy więcej niż 18 lat i chcemy wejść w posiadanie karty rowerowej. Możemy o niej tylko pomarzyć, bowiem według prawa drogowego „nie wymaga się uprawnienia do kierowania rowerem od osoby, która ukończyła 18 lat”. Stąd wniosek, że bez karty rowerowej, ba, nawet bez prawa jazdy, na rowerze możemy jeździć zupełnie śmiało. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Beskidy – Mekka rowerzystów

Beskidy… Wymarzone miejsce na rowerowy weekend, chociaż dwa, trzy dni to stanowczo za mało, aby objechać choćby dziesiątą część tras i o wiele za mało, by nacieszyć się zabawą w tak nadzwyczajnie pięknym terenie. Za każdym razem, gdy wyruszam na wycieczkę, wytyczam sobie inne trasy. Choć korzystam z tych samych szlaków, nie powielam poprzednich wycieczek. Podstawowa zasada brzmi – istotne, żeby okolica się za szybko nie opatrzyła. W tym konkretnym przypadku będzie o to trudno. Beskidy są olbrzymim terenem, urozmaiconym licznymi kotlinami, pociętym grzbietami wielokrotnie rozgałęzionych pasm Baraniej Góry, Stożka czy Szyndzielni. Ciekawie ukształtowany, niełatwy teren, ale dający dużo satysfakcji i radości z jazdy. Każdy znajdzie tu coś dla siebie.

Najwyższymi szczytami Beskidów, na które można i należy wjechać rowerem, są (od strony Szczyrku): Klimczok (1117 m n.p.m.), Szyndzielnia (1026 m n.p.m.), Skrzyczne (1257 m n.p.m.), Barania Góra (1220 m n.p.m.); od strony Wisły: Wielka Czantoria (995 m n.p.m.), Stożek Wielki (978 m n.p.m.) i drugie pasmo: Równica (884 m n.p.m.) i Trzy kopce (810 m n.p.m.). Cyframi nie należy się jednak przejmować. Z perspektywy siodełka rowerowego wygląda to znacznie przyjaźniej. Beskidzkie góry charakteryzują się długimi i łagodnymi grzbietami. To najprzyjemniejsze odcinki tras w przeważającej części prowadzących przez lasy, czasami odkrytym grzbietem, pozwalających podziwiać piękne panoramy. Podłoże jest dobre i stabilne, głównie kamieniste i ziemiste, z dużą ilością korzeni. Czasem można się natknąć na trudniejsze odcinki wyłożone luźnymi głazami, np. zjazd z Hyrcy w kierunku Klimczoka, ale takich miejsc jest niewiele. Nachylenie terenu zróżnicowane, czasami łagodne, ale częściej strome. To są góry! Tu trzeba przyjechać przygotowanym kondycyjnie i sprzętowo. Im lepsze przygotowanie, tym większa przyjemność z jazdy. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Piąte koło u wozu

Dla przeciętnego użytkownika dwóch kółek nazwy takie, jak Wheeler czy Leader Fox, znaczą dokładnie to samo – czyli niewiele. Jeśli spytamy o markę rowerową, jest szansa, że usłyszymy w odpowiedzi niepewne… „Romet”?. A kto z nas nie zna popularnych marek, Renault, Audi czy BMW? Do tych samych wniosków doszli specjaliści od marketingu wielkich koncernów samochodowych i w ten sposób na rynku pojawiły się rowery takie, jak testowany przez nas… Mercedes. Postanowiono wykorzystać image znanej marki i na jego barkach wynieść nowy produkt. Tymczasem my, być może nie do końca świadomie, od roweru z samochodowej stajni oczekujemy podobnej jakości, jaką oferują czterokołowe maszyny. Postanowiliśmy przyjrzeć się Mercedesowi, by sprawdzić, jak wielki koncern poradził sobie z zadaniem skonstruowania sprzętu do jeżdżenia, w którym systemy ABS i ASR to pojęcia obce, a klimatyzacja dostępna jest gratis.

Pomysł Przeniesienie image`u udaje się tylko wtedy, gdy jakościowo rower sprosta oczekiwaniom klientów. Najprostszy pomysł to naklejenie własnego logo na udany produkt wytwarzany przez kogoś innego, bo przecież znać się można na samochodach, a na rowerach niekoniecznie. Trudno jednak wówczas mówić o wyrafinowaniu produktu, skoro pokrewieństwa z „masówką” są aż nadto wyraźne. Dlatego musi być spełniony także drugi warunek, obok wymagań jakościowych – taki rower musi się wyróżniać. Powinien to być produkt dla indywidualistów, którzy szukają czegoś wyjątkowego, oczywiście najlepiej, żeby kojarzyło im się z ich ulubioną, luksusową marką. Każdy już z daleka powinien widzieć, że ma do czynienia np. z Mercedesem. Sam fakt ekskluzywności ma też jeszcze inny skutek – zdecydowanie nie może to być rower tani. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Testy wydolnościowe

Ukłucie w płatek ucha i już niechciany produkt rozkładu glukozy, kwas mlekowy, zmienia się w szpiega naszego własnego ciała, dostarczając informacji o poziomie wytrenowania. Aby jednak zrozumieć, jaką niesie z sobą wiadomość, trzeba wiedzieć, jak czytać wykresy. W 1976 r. pierwsze monitory pracy serca zaczęły „upominać”, czy też zachęcać sportowców do zmiany intensywności treningu. Nagle na wyświetlaczu, obok prędkości i odległości, pojawiała się dodatkowa cyferka. Najpierw trzeba było jednak wiedzieć, o czym świadczą pozostałe liczby i wartości. Od tamtego momentu opracowano wiele metod testowych (przebiegających zarówno w warunkach naturalnych, jak i laboratoryjnych), wspomagających badania poziomu wytrenowania sportowca. Alois Mader, naukowiec zajmujący się sportem, w tym samym 1976 r. stworzył podwaliny metody umożliwiającej opracowanie wykresu aerobowo-anaerobowego za pomocą pomiaru mleczanu. Obecnie fachowcy w zasadzie zgadzają się, że nie ma lepszej i bardziej praktycznej metody niż pomiar mleczanu, jeśli chce się formułować zalecenia treningowe. Ser w nogach Na jakie pytania przynosi odpowiedzi diagnostyka oparta na badaniach stężenia mleczanu we krwi? Bierze ona pod lupę gospodarkę zasobami energetycznymi, co oznacza, że bada zależność między pracą i energią potrzebną do jej wykonania (ponieważ każdy ruch pociąga za sobą wydatkowanie energii). Aby energia mogła zostać uwolniona, człowiek musi spalić pożywienie lub też zapasy organizmu, a do tego z kolei potrzebuje tlenu (musi oddychać). Jeśli jednak oddech przestaje wystarczać, w potrzebie organizm ucieka się do triku – uruchamia inny rodzaj przemiany materii w oparciu o węglowodany, podpatrzony u mikroorganizmów, fermentację kwasu mlekowego. Pozostaje po niej w mięśniach nic innego jak kwaśniejące mleko. Zbiera się go tym więcej, im gorsze jest zaopatrzenie organizmu w tlen i im bardziej obciążone mięśnie. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Złapane w kadrze

Rower to ruch… Każdy z nas doświadczył zapewne wielu momentów, mgnień, wrażeń, które chciałby utrwalić w pamięci. Mijane krajobrazy, miejsca, choćby odwiedzane po raz setny, a za każdym razem inne. Gdyby tak utrwalić je i tym samym zatrzymać? Oczywiście, nigdy nie będzie to zupełnie to samo, ale mały, prosty aparat cyfrowy pozwoli wstrzymać upływ czasu. Po powrocie do domu szybkie podłączenie do komputera i już można podzielić się przeżyciami ze znajomymi. Większość nowoczesnych cyfrówek pozwala nawet nagrywać dźwięk, więc również szumu wiatru w relacji nie zabraknie. Oglądanie zdjęć czy filmów w domowym zaciszu bywa nie mniej przyjemne jak sama jazda. Przygotowaliśmy dla was mały przegląd sprzętu, który warto wziąć na rowerową wyprawę. Canon PowerShot A70 Gdyby nie to, że matryca tego aparatu ma jedynie 3,2 mln pikseli, można by było pomyśleć, że mamy do czynienia z produktem dla profesjonalistów. Bardzo duży wybór funkcji pozwala robić zdjęcia w każdych warunkach, dla leniwych przewidziano także całkowitą automatykę.

W A70 za wierność odwzorowania odpowiada 3,2-megowy przetwornik CCD z wysokowydajnym procesorem DIGIC. Komponowanie ułatwia zoom optyczny x3, wspomagany przez zoom cyfrowy 3.2x. Ekspozycję można także kontrolować na wiele sposobów, począwszy od pełnej automatyki po preselekcję czasu lub przesłony i tryb ręczny. Dodatkowo do dyspozycji mamy jeden z kilku programów, takich jak: portret, krajobraz, sceny nocne, szybka migawka (coś dla sportowców), film (z dźwiękiem) i inne. Jeśli ktoś lubuje się w fotografii artystycznej, skorzystać może również z efektów kolorystycznych i np. robić zdjęcia w sepii lub czarno-białe. Jeśli dodamy do tego informację, że wybierać można także tryb makro (od 5 cm) czy rodzaj pomiaru ostrości i światła, stanie się jasne, że możliwości są naprawdę spore. Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003

Źródło energii – BCAA

Zużywanie podczas treningu zmagazynowanych w mięśniach rezerw glikogenu powoduje zmęczenie mięśniowe. Im cięższy trening, tym szybciej zużywa się glikogen. W tej sytuacji alternatywnym źródłem „paliwa” stają się aminokwasy rozgałęzione. BCAA jest koncentratem aminokwasów rozgałęzionych (branched chain amino acids – BCAA), leucyny, izoleucyny i waliny. BCAA jest łatwo dostępnym źródłem energii, pełni rolę substratu w syntezie białek i zapobiega powstaniu niedoboru alaniny i leucyny, zużywanych w dużej ilości podczas intensywnego wysiłku fizycznego. Jednakże szczególna wartość BCAA polega na czymś więcej niż tylko prostym dostarczaniu energii i zapobieganiu zmęczeniu. BCAA redukuje zjawisko rozpadu białek w mięśniach i stymuluje proces biosyntezy. Izoleucyna jest jedyną substancją regulującą przemiany węglowodanów lub tłuszczów, w zależności od aktualnych potrzeb energetycznych organizmu. Unikalny jest również jej wpływ na metabolizm tkanki tłuszczowej. Tłuszcz gromadzony jest w komórkach tłuszczowych w efekcie jednoczesnych przemian węglowodanów i kwasów tłuszczowych. Izoleucyna ogranicza jednocześnie jedne i drugie przemiany – wyjątkowo silnie hamuje gromadzenie tłuszczu zapasowego.

Aminokwasy rozgałęzione, podobnie jak witaminy, należą do substancji egzogennych, co oznacza, że muszą być dostarczane z pożywieniem. Spełniają bardzo ważne funkcje fizjologiczne, tj. budulcowe, energetyczne i regulacyjne: stanowią ok. 35-40% tkanki mięśniowej organizmu; jako jedyny, niemożliwy do zastąpienia substrat energetyczny łączą szybki nieekonomiczny metabolizm glukozy z wolnym ekonomicznym metabolizmem kwasów tłuszczowych (ten kierunek działania nabiera szczególnego znaczenia w trakcie wysiłku, szczególnie interwałowego – o zmiennej intensywności – takiego, z jakim mamy do czynienia w wielu dyscyplinach sportowych, w treningach kulturystycznych i na zajęciach fitness); ograniczają rozpad i nasilają odbudowę białek; poprawiają bilans azotowy, dzięki czemu przyspieszają adaptację wysiłkową sportowców (szczególnie w dyscyplinach siłowych, szybkościowo-siłowych i wytrzymałościowo-siłowych; regulują gospodarkę tłuszczową i węglowodanową (potęgują rozpad i utrudniają gromadzenie się w organizmie tłuszczu zapasowego). Ciąg dalszy w numerze 9(10)/2003